Gravel, czyli Mazury. Nie mogło być innego skojarzenia gdy pojawiły się pierwsze pomysły o zorganizowaniu wyścigu w formule samowystarczalnego ultramaratonu po szutrach. Oprócz sportowego aspektu wydarzenia konieczne było połączenie ze sobą dróg, które pokażą piękno regionu i jednocześnie spełnią definicję słowa gravel, które w ostatnim czasie jest najczęściej wymawiane w świecie rowerowym.

Gravel doczekał się mnóstwa odmian, synonimów i interpretacji. Od sportu po przygodę. Tworząc Great Lakes Gravel myśleliśmy jednak nie o samych rowerach, co po prostu o najpiękniejszych szutrowych drogach, bez narzucania czy przejechać je na 35 milimetrowej opinie, czy może na 2 calowej rodem z MTB, z kierownicą prostą czy barankiem. Kraina tysiąca jezior dała sporo możliwości. To przecież tu od wielu już lat rozgrywa się drugi najstarszy po słynnym Monte Carlo samochodowy rajd, czyli Rajd Polski. Setki kilometrów szutrowych dróg, po których kierowcy rajdowi pędzą z zawrotnymi prędkościami aż prosiły o połączenie ze sobą i stworzenie wielkiej mazurskiej pętli. Przy lokalnej znajomości terenów, pasji do rowerów i motorsportu i po prostu wyczuciu tematu powstała trasa Great Lakes Gravel.

Skoro idea była oczywista, motywem przewodnim miała być przyjemność z jazdy, niezależnie czy będzie to sportowa czy przygodowa taktyka. Pętla przeszła kilka ewolucji, bo należało przewidzieć wszystko, z wielodniowymi opadami włącznie, które mogłyby mocno utrudnić przejezdność. Ostatecznie niemal dwukrotny objazd dał jasną odpowiedź – to jest to, jedziemy z tym.

Baza zawodów także została wybrana nieprzypadkowo. Skoro motywem są jeziora, to start i meta muszą być właśnie w takim miejscu. Jednocześnie wybór Gościńca pod Dębem położonego nad Jeziorem Dadaj pozwolił przekroczyć ciekawą granicę, albowiem Wilimy historycznie położone są na terenie Warmii. Warto poczytać więcej o historii Warmii i Mazur.

470 km i 72 godziny limitu. 250 zawodników na własnej skórze miało sprawdzić czy dadzą radę i czy starczy im czasu. Jak wiadomo jedną z podstaw długodystansowej jazdy musi być wysokie morale. O to zadbała pogoda, która w piątek o świcie przywitała wszystkich słońcem i perspektywą wysokiej jak na wrzesień temperatury. Na starcie pojawili się wszyscy, od doświadczonych ultramaratończyków z polską czołówką włącznie, aż po debiutantów, którzy z niepewnością, ale wielkim uśmiechem ruszyli na trasę. O godzinie 6:30 wyruszyła pierwsza grupa śmiałków, a o 9:00 na linii startu stanęła ostatnia grupka, ale za to jaka. Z racji koniecznej formy startu w podziale na grupy faworyci zawarli dżentelmeńską umowę i stworzyli okrzykniętą szybko tym mianem „grupę śmierci”. Emocje zapowiadały się nie lada. W gronie faworytów był oczywiście Radosław Gołębiewski, ale konkurenci nie zamierzali tanio sprzedać skóry. Zadanie przed Radkiem nie było łatwe, bo musiał odeprzeć ataki Krystiana Jakubka, Zbigniewa Wiktora, Janusza Ziółkowskiego oraz Bartosza Przybylaka, który miał z „rachunki do wyrównania” z Radkiem. Oczywiście wszystko z dużym uśmiechem i wedle zasad fair play.

Stawka szybko rozciągnęła się na dziesiątki, a potem na setki kilometrów. Wiele osób wybrało strategię jazdy non stop swoim tempem, a reszta noc postanowiła spędzić na spaniu, przynajmniej częściowo. W czołówce za to taktyka była jedna – pełny gaz do mety. Do pewnego momentu „grupa śmierci” jechała razem, ale później nastąpiły przetasowania. Radek Gołębiewski z Bartkiem Przybylakiem wyszli na czoło i mijając kolejne grupki wyprzedzili niemal całą stawkę już w połowie trasy. W pewnym momencie na czele samego wyścigu pozostał tylko jeden zawodnik, a był nim Łukasz Ugarenko, który wystartował dwie godziny przed liderującym duetem i ani trochę nie zamierzał zwolnić. Dopiero przed Mikołajkami, około 100 km przed metą grupa pościgowa złożona z Radka i Bartka wyszła fizycznie na czoło stawki. Łukasz jednak nie miał łatwego zadania, bo z tyłu gonił Krystian Jakubek, Janusz Ziółkowski i Zbyszek Wiktor. W zasięgu podium nadal byli także Oskar Szlachta, Marcin Kępka oraz Krzysztof Miszewski. Walka o zwycięstwo trwała niemal do ostatniego zakręcenia korbą. Bartosz Przybylak cały czas trzymał koło Radka Gołębiewskiego, ale kilka kilometrów przed metą po tym szalonym dystansie Radek miał jeszcze zapas siły żeby przycisnąć mocniej i odjechać samotnie już do mety. Tym samym pierwsze i drugie miejsce po 470 km podzieliło tylko 5 minut różnicy. Po dwóch godzinach na mecie pojawił się Łukasz Ugarenko z czasem 19 godzin i 44 minuty. Wirtualnie był trzeci, ale wtedy dopiero zaczęły się emocje. Losy podium miał rozstrzygnąć czwarty wtedy na trasie Krystian Jakubek. Międzyczasy zwiastowały, że do samej mety nie będzie wiadomo kto zajmie 3 miejsce. Ostatecznie Krystianowi zabrakło 3 minut do pudła. Przyczynił się do tego też upadek, który zawodnik z Wrocławia zaliczył około 200 kilometra. Chwilę zajęło mu pozbieranie się, na szczęście skończyło się tylko na zadrapaniach. Łukasz Ugarenko za to mógł świętować najniższy stopień podium.

Sobota przywitała wszystkich wciąż względnie dobrą pogodą, ale wiadomo było, że po południu spadnie deszcz. To motywowało wszystkich do szybszej jazdy, ale wciąż ważyły się losy w rywalizacji kobiet. Tu bezkonkurencyjna okazała się Izabella Krawczyk, który od początku narzuciła dynamiczne tempo i po zaledwie 26 godzinach i 14 minutach wpadła na metę z 31 czasem w Open! Zmęczona, ale uśmiechnięta od ucha do ucha z radością opowiadała później jak dobrze jechało się po tej trasie. W międzyczasie do mety dotarło kilkunastu panów, a następnie 3 godziny po Izie, kreskę mety przekroczyła Agata Sobota. Drugie miejsce, zasłużone i dzielnie wywalczone. Do rozstrzygnięcia pozostało ostatnie miejsce na podium. 31 godzin i 31 minut po wyjechaniu z Wilim wróciła do nich Katarzyna Jacek, która skompletowała top 3 klasyfikacji kobiet.

Kolejni zawodnicy zjeżdżali do mety aż do późnej nocy. Dzięki temu, że start i meta zawodów była w tym samym miejscu, a weekend wciąż trwał, wiele osób mogło sobie pozwolić na dłuższe świętowanie, odpoczynek i wymianę wrażeń z innymi zawodnikami. Te chwile dla wielu były ukoronowaniem wysiłku mogąc z wypiekami na twarzy podzielić się wrażeniami z innymi równie zmęczonymi uczestnikami. Kolejni zawodnicy zjeżdżali do mety aż do późnej nocy.

Finisze trwały niemal całą noc z soboty na niedzielę, a ostatni dzień zmagań zastał na trasie jeszcze ponad 40 osób. Warto było docenić ich wysiłek, bo gdy faworyci już odsypiali w domu po swoim wyścigu, zawodnicy z drugiej części stawki wciąż zaliczali kolejne godziny w siodle, w dodatku pogorszyła się pogoda. To jednak twardzi ludzie i konsekwentnie parli do mety mając jeszcze duży zapas przed limitem czasu. Gdy sympatyczny duet dziewczyn jako przedostatni minął linię mety na trasie pozostał jeszcze Jacek Łęczycki. To prawdziwy bohater, bo prześladowały go usterki w rowerze, a gdy robiło się ciemno zepsuło mu się oświetlenie. Mimo to nie poddawał się i był bardzo zdeterminowany żeby dojechać do mety. Ostatecznie przy dużym zmęczeniu, w totalnej ciemności, mając jedynie światło z telefonu podjął trudną decyzję o wycofaniu się, mając na uwadze przede wszystkim swoje bezpieczeństwo. Ostatecznie wrócił bezpiecznie do bazy samochodem organizatora i już zapowiedział, że za rok lepiej się przygotuje i weźmie rewanż.

Tak zakończył się pierwszy w historii Great Lakes Gravel. Meta była pełna uśmiechów, a wszystko dzięki trasie. Wiele osób zgodnie powtarzało, że był to wyścig szutrowy z prawdziwego zdarzenia, bez przeprawy, za to szybki i poprowadzony pięknymi drogami przez jeszcze piękniejsze miejsca. Ten niesamowicie pozytywny wydźwięk wyścigu dał tak duży zastrzyk motywacyjny, że już rozpoczęły się przygotowania do drugiej edycji Great Lakes Gravel już za rok. Będzie jeszcze piękniej!

Wcześniej jednak, na wiosnę, zaprosimy Was na Suwalszczyznę. Ale o tym więcej dowiecie się wkrótce…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *